|

Zadecydował przypadek...

"W ten sposób zaczyna większość
pilotów. Przez przypadek. Może to jedyny sposób, żeby
być w rajdowym samochodzie, bo tak naprawdę to chcesz
być Colinem McRae lub Carlosem Sainzem" - pisze
na swojej stronie internetowej Jarosław Baran, który
"przez przypadek" został jednym z najlepszych
polskich pilotów.
- Czy pamiętasz ile miałeś lat, kiedy po raz
pierwszy usiadłeś na prawym fotelu jako pilot ?
- To pytanie o mój wiek czy o rajdowy staż? Miałem
kilkanaście lat i to było już kilkanaście lat temu.
Mój tato zabrał mnie na trening przed rajdem. Razem
zapisywaliśmy trasę - to chyba był Rajd Dolnośląski
- tak się wtedy nazywał.
- Jak w ogóle doszło to tego, że zostałeś pilotem?
Najpierw chciałeś zostać kierowcą, potem stwierdziłeś,
że chyba to nie jest to, i przesiadłeś się na ten
"spokojniejszy" fotel, czy był to po prostu przypadek?
fot. Marcin Kosiński
|
- Jak często w życiu bywa zadecydował przypadek.
Co prawda pochodzę z rajdowej rodziny, ale nie miałem
takich planów. Pewnego sobotniego popołudnia Tato
przyjechał i powiedział: "Co robisz dziś wieczorem?
Bo pojedziesz na KJS". Tak naprawdę to była jakaś
"okręgówka". Ciężko się było z tego wywinąć, więc
pojechałem. Ale nie dotarłem do mety z powodu... problemów
nawigacyjnych. Po prostu, nie udało mi się znaleźć
mety tego rajdu. Na swoje usprawiedliwienie dodam,
że rajd był w ciemno. Dosłownie i w przenośni. Rozgrywał
się w nocy, a my opis trasy otrzymaliśmy na starcie.
No i nie byłem sam - zgubiła się ponad połowa rajdu.
Początki były, jak widzisz trudne, ale zabawne.
- Czy dawniej łatwiej było zostać pilotem? Obecnie
młodzi ludzie rozpoczynający karierę w tej profesji
mogą w pewien sposób korzystać z wiedzy swoich starszych
kolegów. Przykładem jest choćby Twoja Szkoła Pilotów,
jest Internet. Jak to było w Twoim przypadku, czy
miałeś swoich nauczycieli?
- Miałem dwóch doskonałych kierowców, którym wiele
zawdzięczam. Byli to Piotr Kufrej i Waldek Doskocz.
Jeden i drugi bardzo mi pomogli. Przekazali mi podstawy
wiedzy na temat relacji pilot-kierowca. Wiedzieli
czego można wymagać, czego nie. Dwa lata jeździłem
z Zenkiem Sawickim. To był inny, szybszy samochód.
I inne czasy. Dalej była już wspólna praca z Januszem,
począwszy od A-grupowego Opla, aż do dzisiaj. A tak
na dobre to profesjonalne ściganie i praca na najwyższych
obrotach zaczęła się kiedy wystartowaliśmy w teamie
Renault. Trudno powiedzieć, czy obecnie młodzi ludzie
mają łatwiej. Aż tak do końca to chyba nie. Wydaje
mi się, że mają lepszy dostęp do informacji. No i
rajdy są teraz bardzo popularne. To przyciąga ludzi
ale początki zawsze są trudne. Rajdy wymagają prawdziwej
pasji i wyrzeczeń.
- Jak to było, że trafiliście na siebie. Ty przyszedłeś
do Janusza, czy on do Ciebie ?
fot. Andrzej Iwańczuk
|
- Janusz przyjaźnił się i z Piotrem i z Waldkiem.
Startował zresztą samochodem, który kupił od Piotrka
- Toyota Corolla, którą wspólnie z Piotrem zdobyłem
swój pierwszy mistrzowski tytuł. Janusz żartował,
że kupił mnie razem z tym samochodem, tylko z odroczonym
terminem dostawy. Jeździliśmy w barwach jednego klubu,
zresztą tak jest do dzisiaj. Często się spotykaliśmy
i to wyszło tak jakoś naturalnie. Ja skończyłem starty
z Zenkiem Sawickim, a Janusz szukał pilota. Jak zwykle
w takich chwilach, zapytał jakie mam plany. W planach
miałem Mistrzostwo Polski w generalce i jak się okazało
Janusz też. To oczywiście żart. Dogadaliśmy się i
tak jest do dzisiaj.
- Od razu się dotarliście?
- W zasadzie. Pamiętam pierwszy nasz rajd - to była
Barbórka Cieszyńska, spadł wtedy śnieg i ten start
nie był łatwy. Ale uznaliśmy, że jesteśmy profesjonalistami
i jedziemy na maksa. Wypadło całkiem nieźle - zajęliśmy
chyba trzecie miejsce w „generalce” -ośką i to po
lodzie! Janusz robił wszystko żebym się poddał, a
ja wszystko żeby nie zrobić wrażenia faceta co „pęka”.
To była ostra jazda i do dzisiaj taka jest.
- Szósty rok razem. Gdyby to porównać do stażu
małżeńskiego, to jest to już stagnacja, czy czasem
jeszcze się czymś zaskakujecie?
- Znamy się już bardzo długo i rzeczywiście ktoś
może pomyśleć, że to takie "stare, dobre małżeństwo".
Na pewno jesteśmy inni, niż pięć, czy nawet trzy lata
temu. Na szczęście zmiany w naszych charakterach,
czy pracy następują stopniowo, powiedziałbym ewolucyjnie.
Wiemy dokładnie czego od siebie wymagać i co do kogo
należy. Ale każdy rajd to nowe doświadczenie, na każdym
może zdarzyć się coś nowego, więc na pewno nie jest
to "stagnacja". Zaskakujemy się czasem, ale w pozytywnym
sensie. Raczej się nie kłócimy, choć zdarza się, że
mamy inne zdania, na taki, czy inny temat. Mamy wyznaczony
cel, który chcemy osiągnąć i to nas wspólnie motywuje.
Musimy działać w parze, a nie osobno, bo żaden z nas
osobno niczego nie osiągnie. W czasie rajdu, w samochodzie
jesteśmy załogą i działamy razem, bo od tego zależy
wynik - i to jest dla nas najważniejsze.
fot. Marlboro Ford Mobil
1
|
- Czy pojawia się jeszcze czasem u Ciebie strach?
- Zdarzają się sytuacje, w których musisz sięgnąć
wyżej, pojechać maksymalnie szybko. To maksymalnie
oznacza szybciej niż do tej pory. I nie możesz popełnić
błędu. W takich sytuacjach czasem pojawia się strach.
Ale potem okazuje się, że ten kolejny stopień został
pokonany i jest jeszcze coś dalej. Kolejna bariera
do pokonania. Strach musi być - to jest taki element
samozachowaczy. Jeśli umiesz go pokonać to może być
twoim sojusznikiem. Strach pozwala uniknąć błędu,
wyzwala koncentrację i skupienie. Zawodnicy, którzy
się nie boją to samobójcy. Są niebezpieczni dla siebie
i swojego partnera. Albo są nieszczerzy. Każdy się
boi.
|